Miya Folick – Erotica Veronica
Redakcja w dniu 12 stycznia 2026
Miya Folick to amerykańska artystka poruszająca się na styku indie rocka i alternatywnego popu, znana z bezkompromisowej szczerości i emocjonalnej intensywności. W swojej twórczości często sięga po tematy tożsamości, cielesności i relacji, traktując muzykę jak przestrzeń osobistej konfrontacji z samą sobą. Album „Erotica Veronica” jest jednym z jej najbardziej intymnych i konceptualnych projektów.

„Erotica Veronica” to płyta z tezą i z emocjonalnym ciężarem, który trudno zignorować. Już sam tytuł działa jak zaproszenie do świata pragnień, napięć i tożsamości, przeżywanej w realiach, które nie zawsze sprzyjają szczerości. Folick proponuje intymną podróż przez queerowe doświadczenie funkcjonujące w heteronormatywnej rzeczywistości – bez łatwych odpowiedzi, za to z dużą dozą odwagi, cielesności i autoanalizy.
Otwarcie albumu utworem „Erotica” ustawia ton całości. Drobne, z pozoru niepozorne wersy – jak ironiczna obserwacja o piciu kawy z seryjnym monogamistą – demaskują świat, który chętnie udaje liberalny, a w praktyce bywa zaskakująco purytański. To alt-pop o pięknej aranżacji, ale z ostrzem w tekście. Już tutaj słychać wezwanie do większej intymności i kreatywności w przeżywaniu zmysłowości, wolnej od społecznych klisz.
Album pulsuje zmiennymi nastrojami, balansując między bezpośredniością a delikatnością. „La Da Da” flirtuje z jasnym, słonecznym popem, niemal radiowym w formie, podczas gdy „Felicity” wprowadza lekko rozchwiane smyczki, jakby amor miał do dyspozycji orkiestrę z innego wymiaru. Z kolei „Love Wants Me Dead” to moment pełnej kapitulacji – ściana gitarowych riffów i emocjonalna bezbronność, która nie próbuje się bronić. Te kontrasty składają się na kalejdoskop queerowej seksualności, w którym nie ma jednej dominanty ani prostych definicji.
Ważnym atutem „Erotica Veronica” jest umiejętność zostawiania miejsca na ciszę i narrację. „Alaska” drży gdzieś pomiędzy oddaniem a wątpliwościami, opowiadając historię z pogranicza przyjaźni i miłości. To utwór, który brzmi jak gotowy fragment serialowej ścieżki dźwiękowej – subtelny, emocjonalnie nośny, a przy tym bardzo obrazowy. Metafora całego stanu Alaska spoczywającego na piersi doskonale oddaje ciężar nowej relacji i jej intensywność.
Zupełnie inną drogą idzie „Fist”. Warstwowe aranżacje folkowe, przywodzące na myśl estetykę boygenius, budują napięcie między dwojgiem ludzi, którzy są blisko, ale nie potrafią się spotkać naprawdę. Linijki w rodzaju „You said you wanted to lose your weight and you did / Now I miss your molecules” mają literacką precyzję i emocjonalny rezonans, który bez trudu mógłby znaleźć miejsce w powieści o relacjach i utracie.

Wokalnie Folick pozwala sobie na więcej intymności niż na wcześniejszych wydawnictwach. Często sięga po delikatny, zmysłowy rejestr głosowy, ale nie boi się też surowości. W „This Time Around” napięcie narasta niemal do granic wytrzymałości, a świadomość emocjonalnej ironii – mówienia o brakującej połowie, gdy samemu czuje się niepełnym – nadaje utworowi dodatkowej głębi.
Kontekst powstania albumu jest kluczowy dla jego odbioru. Folick tworzyła „Erotica Veronica”, będąc w relacji z cis mężczyzną, jednocześnie próbując uczciwie oddać te części siebie, które w tej relacji nie miały przestrzeni na pełną ekspresję. Stąd decyzja o bardziej organicznym brzmieniu i odejściu od cięższej produkcji znanej z „Premonitions” i „Roach”. Nagrania na żywo z udziałem muzyków z Los Angeles, w tym Meg Duffy z Hand Habits czy Greg Uhlmann współpracujący z Perfume Genius, nadają płycie kameralny, niemal insularny charakter.
Ta prostota bywa jednak mieczem obosiecznym. Momentami nieskomplikowana produkcja kontrastuje z bardzo złożonymi emocjami, a niektóre utwory – jak „Prism of Light” czy „Hypergiant” – uciekają w bardziej mglistą, kosmiczną symbolikę. Album działa najpełniej wtedy, gdy rozwija tematy zarysowane na początku: pragnienie, rozdwojenie, potrzebę bycia widzianą w całości. „Hate Me” przynosi gorzką autorefleksję o gubieniu siebie w relacjach niezależnie od płci partnera i wybrzmiewa jak cichy, ale stanowczy sprzeciw.
Kulminacją emocjonalną jest „Fist”. Powtarzany wers o autoagresji i emocjonalnym uzależnieniu brzmi jak zapis wyczerpania. Dziesięciosekundowy krzyk w finale nie jest efekciarski – to dźwięk zmęczenia, frustracji i braku tlenu. W takich momentach słychać, że pod powierzchnią „Erotica Veronica” kryje się jeszcze bardziej cierniowa płyta, która tylko chwilami przebija się na wierzch.
„Erotica Veronica” nie próbuje udowadniać, że randkowanie z jedną czy drugą płcią jest prostsze lub trudniejsze. Problemem nie jest płeć, lecz konkretna relacja, w której miłość istnieje, ale pełne zobaczenie drugiej osoby już nie. To album szczery, momentami niewygodny, często piękny i wyraźnie osobisty. Nie jest rewolucją brzmieniową, ale jako intymny portret wewnętrznych sprzeczności działa z dużą siłą – szczególnie tam, gdzie Folick pozwala sobie na bezbronność i nie próbuje jej wygładzać.